Planszowe

Mroczni kultyści, strzeżcie się, albowiem was czas już nadszedł! – recenzja gry „Vudulhu”

Wielkimi krokami zbliża się on, potężny Cthulhu, a za nim horda jego Przedwiecznych. Czasu zostało niewiele, gdyż czuć, że ziemia drży, a morza się burzą. Nadchodzi kres ludzkości, całkowita zagłada… Ale kto by się tym przejmował! Są ważniejsze rzeczy do zrobienia. Uprzykrzanie życia swoim kompanom – rywalom brzmi znacznie ciekawiej. Zapraszam was w podróż do, jak się okazuje, wcale nie takiego mrocznego świata Cthulhu.

Po różnych wcieleniach Przedwiecznych, które mieliśmy okazję poznać do tej pory na rynku gier planszowych, przyszedł czas na Cthulhu z przymrużeniem oka, czyli zabójczą imprezówkę od wydawnictwa Black Monk. W grze wcielimy się w postać „upiornego” kultysty, którego zadaniem będzie prześladowanie swoich towarzyszy i doprowadzenie ich do całkowitego obłędu.

Obrazek

Zanim jednak przejdę do opisu rozgrywki i własnych wrażeń, zacznę od wykonania komponentów. W pudełku znajdziemy trzydzieści sześć kart Klątw (przedstawiających Zmory, Ghasty oraz Istoty z Głębin), osiem kart Artefaktów, pięć kart Lokacji, dziesięć kart Wielkich Przedwiecznych, kartę Celu, sześć pionków, 5 świecących w ciemności (!) kości składników oraz laleczkę Cthulhu. Całość mieści się w zgrabnym pudełku, w którym znajduje się również Tor Punktacji. Jest to przemyślane zagospodarowanie kartonowej wypraski. Niestety podczas przewożenia gry wszystkie elementy, zwłaszcza wcześniej posegregowane karty, przemieszają się, ponieważ są luźno ułożone w pudełku. Ich ponowne posortowanie nie zajmuje jednak dużo czasu, dlatego nie stanowi to bardzo dużego problemu. Dużym plusem jest wykonanie kart. Kreskówkowe stworki, które na nich znajdziemy, nadają grze zabawnego klimatu. Wśród kart nie znajdziemy takiej o tym samym rysunku.

Bycie kultystą to nie taka prosta sprawa
Rozgrywkę zaczyna gracz, który najlepiej potrafi udawać Wielkiego Przedwiecznego, czyhającego w swoim podwodnym świecie. Ten, kto zwyciężył pojedynek, otrzymuje laleczkę Cthulhu i teraz może rozpocząć drogę ku zagładzie! W swojej turze gracz może: dobrać klątwę (odrzucając przy tym dwie dowolne kości), dobrać kartę Artefaktu (również odrzucając dwie dowolne kości) lub rzucić Klątwę.

Obrazek

Grę rozpoczynamy z jedną kartą Klątwy na ręku. Znajdziemy na niej informacje dotyczące przyznawania punktów, czynności (którą trzeba wykonywać w trakcie całej rozgrywki) oraz składników potrzebnych do jej aktywowania. Zdobywanie punktów wcale nie jest takie łatwe. Za rzucenie każdej Klątwy można punktować dwukrotnie: po raz pierwszy, kiedy „wręczymy” kartę rywalowi (punkty na dole karty), oraz drugi, w momencie, kiedy Klątwa zostanie złamana (punkty na górze karty). Teraz przetestowana zostanie nasza pamięć, ponieważ Klątwy będziemy rzucać co chwila, różnym osobom i to w naszym interesie leży pilnowanie, czy dana osoba ją złamie czy też nie. W celu dobrania odpowiednich składników posłużą nam kości, na których znajdziemy sześć różnych symboli, niezbędnych do zesłania nieszczęścia na rywala. Aby nam się to udało, symbole na kościach muszą odpowiadać symbolom na kartach. W grze istnieje zasada, którą nazywam „leżącego nie kopie się dwa razy”, to znaczy, że osoba raz poszkodowana przez los, a właściwie przez swojego okrutnego rywala, nie może w kolejnej turze otrzymać kolejnej Klątwy. Żeby to zasygnalizować otrzymuje kartę Celu. Teraz możemy radować się widokiem zatraconych w szaleństwie współgraczy!

Radość z nieszczęścia innych
Oczywiście na każdego przyjdzie kolej i po pięciu minutach wszyscy będą zmagać się ze swoimi „demonami” przy ogromnej salwie śmiechu, bo tej w grze nie zabraknie. Wyobraźcie sobie, że musicie głośno wyć, dodatkowo klęcząc, dotykać łokciem kolana i udawać skok do oceanu JEDNOCZEŚNIE! Odnosicie wrażenie, że wygląda to jak scena wyjęta prosto z horrorów podczas odprawiania egzorcyzmów? Macie absolutną rację, jednak nie bójcie się - brzuchy was rozbolą, ale od śmiechu.

Obrazek

Początkowo wszystkie te wygibasy wydawały mi się dosyć krępujące, zwłaszcza podczas gry z nieznajomymi. Myliłam się, ponieważ gra pozwala lepiej się poznać i przełamać „pierwsze lody”, dlatego idealnie nadaje się na imprezy integracyjne. Natomiast w gronie znajomych zrobi jeszcze większą furorę.

Dodatkowym wyzwaniem są karty Wielkich Przedwiecznych. Za każdym razem, kiedy zdobędziemy punkt, będziemy przesuwać swój pionek po Torze Punktacji. Jednak tam również czyhają na nas pułapki w postaci Przedwiecznych oraz Lokacji (jednak o tym później). Wielkiego Przedwiecznego ciągniemy z talii w momencie, kiedy przekroczymy symbol z czaszką. Karty tych potworów są dwustronne, na jednej z nich znajdują się warunki, które gracz musi spełnić, natomiast na drugiej kara aktywująca się automatycznie podczas złamania warunków. Zaskoczony? Nie ma się co dziwić, Wielcy Przedwieczni nie lubią, kiedy się z nimi drażni. Kary są faktycznie rygorystyczne, ponieważ odbierają nam pewne zdolności, niezbędne w trakcie gry. Możemy między innymi grać z jedną kością mniej, albo nie wolno nam zagrywać artefaktów. Wierzcie lub nie, ale to naprawdę boli.

Czy powiedziałam przed chwilą, że Wielcy Przedwieczni stanowią nie lada wyzwanie? Tak? W takim razie zapomnijcie o tym, ponieważ prawdziwą męką są Lokacje, które w tej wersji „Vudu” są nowością. Działają podobnie jak Przedwieczni, to znaczy, kiedy przekroczymy symbol z wieżyczkami od razu dociągamy nową kartę Lokacji. Ten rodzaj Klątwy działa na wszystkich kultystów przez cały okres trwania gry. Wydaje mi się, że jest to ciekawe wprowadzenie w klimat, ponieważ poprzednia wersja nie posiadała takiego elementu i bardzo często trzeba było czekać, zanim gra rozkręci się na dobre i na wszystkich będą ciążyć Klątwy. Jak się okazuje, nie wszystkim ten dodatek odpowiada. Czemu? Ponieważ bardzo rozprasza, wykonując daną czynność przez cały czas, już na samym początku utrudnione jest rzucanie Klątwy. Osobiście nie miałam z tym problemu, mimo, że moje skupienie w trakcie rozgrywki sięgało zenitu.

Obrazek

Bardzo istotny element stanowią Artefakty, które są wręcz na wagę złota, ponieważ liczą tylko osiem kart, a posiadanie ich na ręku może okazać się niekiedy zbawienne. To właśnie one wybawią nas z opresji, kiedy wszyscy kultyści obiorą nas za swój cel do zlikwidowania. Dzięki nim będziemy w stanie odegnać złe moce poprzez dodatkowy rzut kośćmi, możliwość ignorowania Wielkich Przedwiecznych, czy też odporność na Klątwy. Brzmi zachęcająco? Powinno. A wiecie jaka jest najzabawniejsza rzecz? Bardzo często zapomina się w grze o dociągnięciu Artefaktu bo górę bierze chęć zemsty na innych graczach, którzy doprowadzili cię do takiego opłakanego stanu.

Słowem zakończenia
Choć nie przepadałam za grami „słowno-ruchowymi” to przyznaję, że „Vudulhu” całkowicie to zmieniło. Przy tej grze nikt nie będzie się nudzić, a zwłaszcza marudzić na brak atrakcji. Salwy śmiechu i dziwne zachowanie przy stole towarzyszą nieustannie i nawet najgorszy smutas rozchmurzy się przy tym tytule. Polecam fanom gry „Vudu” i literatury H.P. Lovecrafta

Ocena: 5/5


Za grę dziękujemy wydawnictwu Black Monk.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2018 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 20 lis 2018, 23:13 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka