Planszowe

Labyrinth: The Paths of Destiny

Labirynt. Zrozumienie tej mitycznej plątaniny korytarzy i przejść od zawsze fascynowało ludzi. Od opowieści o Minotaurze, po współczesne gry komputerowe i planszowe. Wśród tych drugich z łatwością wymienimy przynajmniej kilka tytułów. „Labyrinth: The Paths of Destiny” firmy Let's Play jest jedną z najnowszych pozycji tego typu. Przyjrzyjmy się jej bliżej.

Pierwsze co rzuca się w oczy, jeszcze przed otwarciem pudełka, to fakt, że tytuł jest po angielsku. Dlaczego, nie po polsku? Ponieważ grę łącznie z instrukcją i wszelkimi innymi opisami przygotowano w obu wersjach językowych. Taka otwartość na rynek zachodni, czyli naszych kolegów z zagranicy (np. z wymiany studenckiej), to już duży plus.

Ale otwórzmy wreszcie to kwadratowe pudło! Naszym oczom ukażą się starannie wykonane elementy z twardego, grubego i cienkiego kartonu. Te pierwsze to części planszy. No właśnie, bądź co bądź najważniejszy rekwizyt w grach planszowych. Na początku gry układamy same ranty, na kształt olbrzymiego sześcioboku. Wraz z rozwojem gry wypełniamy go mniejszymi bloczkami tworząc coś na kształt plastra miodu. W ten właśnie sposób, my gracze budujemy zaułki, skrzyżowania i i inne elementy labiryntu. Ściśle określone są tylko pola startowe i jedno centralne, którego osiągnięcie jest naszym celem.

I to kolejny plusik, a w zasadzie dwa, na konto „Labyrinth: The Paths of Destiny”. Już tłumaczę dlaczego tak uważam. Po pierwsze, układanie samemu pól zwiększa interakcję miedzy graczami. Można sobie nawzajem równie dobrze przeszkadzać ale i pomagać. Sprzyja to sytuacją typu: „o masz to, weź połóż tutaj, to go zablokujesz, a wtedy ja Ci pomogę w taki to a taki sposób” itd., itp.. Tak więc i frajda rośnie dzięki takiemu kombinowaniu, sojuszy i potrzebie wykazania się dyplomacją w trakcie rozgrywki.Po drugie, budowanie samemu labiryntu, pole po polu sprawia, że każda kolejna rozgrywka nigdy nie będzie taka sama jak poprzednia. A co za tym idzie, gra nie znudzi się tak szybko.

Skoro to już wiemy, sprawdźmy jaki jest „Cel gry”. Wchodzimy do labiryntu, zbieramy klucz, za jego pomocą otwieramy centralna komnatę gdzie bije źródełko wiecznej młodości czy czegoś tam i wychodzimy. Potem już żyjemy długo i szczęśliwie uwolnieni przez króla, ciesząc się jego względami. Wydawałoby się, że to łatwizna.

Ale tak nie jest. Wielki golem – Strażnik, pilnuje sekretu labiryntu. Na dodatek inni gracze mogą nim sterować w naszą stronę i dodatkowo zastawiać na nas pułapki. A więc to wszystko komplikuje nieco nasze zadanie. Plus jeszcze pamiętajmy, że dochodzi do tego wspomniana już potrzeba samodzielnego budowania plątaniny korytarzy.
No i kluczy jest kilka, ale żaden ze śmiałków nie może podnieść tego, który jest najbliżej. To tego woreczka rozmaitości dorzućmy jeszcze fakt, że każda z postaci dysponuje szeregiem umiejętności.

A te są różne, tak jak różne są postacie, w które przyjdzie nam się wcielić. Przykładowo złodziejka nie dość, że może okraść innego gracza z klucza to jeszcze potrafi rozbroić pułapki. Z kolei architekt, jak łatwo się domyśleć może wyburzać lub zmieniać już istniejące pola planszy. Taki zbiór archetypów i ich zdolności, sprawiają że gra planszowa przeradza nam się w coś na kształt mini RPG-a. Nie muszę chyba nawet pisać, że to kolejna wytyczna do zapisania w tabelce „zalety”?

Szacunkowy czas gry w zależności od ilości graczy (2-6) waha się od 20 do 60 minut, jak sugeruje pudełko i w zupełności się z tym zgadzam. Jedną partyjkę da się rozegrać w coś około pół godziny, czyli „w sam raz”. W sam raz, żeby się nacieszyć i wczuć w grę, jak i odgrywane postacie. W sam raz, aby rozegrać kilka partyjek w jeden wieczór. I w sam raz aby gra nam się po prostu nie przejadła, jak olbrzymie molochy, w które gra się po X godzin.

Ostatnia informacja, jaka zasugerowana jest na pudełku to wiek graczy: 10+. I z tym też nie ma co dyskutować. Gra jest prosta, a przy tym wciągająca, żetony za to różnorodne i kolorowe, tak więc przyciągną również i młodszych graczy.

Trudno jest powiedzieć coś więcej o wykonaniu gry, ponadto co już zasugerowałem w poprzednich akapitach. Każdy element jest starannie wykonany, a wydawca zadbał nawet o saszetki i gumki recepturki, abyśmy mogli w sposób usystematyzowany przechowywać „Labyrinth: The Paths of Destiny”. No i jeszcze dostajemy parę kostek i przezroczyste podstawki do wizerunków naszych bohaterów, ale to już w dzisiejszych czasach standard.

Miłym akcentem jest taka dbałość o gracza jak i jego komfort. Objawia się to dodatkowo w skrócie zasad i odrębnej tabelce z objaśnieniami pułapek (wszystko to w obu wersjach językowych). Nie musimy więc na dobrą sprawę wertować instrukcji więcej niż raz.

Podsumowując: Duża interakcja między graczami. Łatwe i szybko przyswajalne zasady. Starannie wykonane żetony, karty i plansza. Niepowtarzalności rozgrywek i optymalny ich czas. To wszystko razem może dać tylko jedną, najwyższą notę końcową!

Już poza recenzją, jako staremu graczowi (a przynajmniej takiemu, któremu przyszło dorastać w latach 90-tych) nasunęła się pewne skojarzenie tego tytułu z grą „Przekleństwo Mumii”. Tam także mieliśmy do czynienia z labiryntem: piramidą (i to przestrzenną!), potwora strażnika: mumię, pułapki i kilka innych podobnych elementów. Na pewno jednak nie możemy „Labiryntu” nazwać klonem tej gry, ale raczej wnuczkiem i to bardzo udanym. „Potomkiem” z którego można być dumnym, choć jak jeden z autorów gry przyznał – nie znał „Przekleństwa Mumii”.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2019 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 21 kwi 2019, 01:30 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka