Komputerowe

To dopiero wyścig! - recenzja gry „Star Wars Episode I Racer”

Kiedy usłyszałem, że jest szansa na zrecenzowanie gry „Star Wars Episode I Racer” nawet się nie zastanawiałem, tylko od razu rzuciłem się, aby zaklepać ją dla siebie. Wszystko to z jednego powodu. Nazwa ta wywołała u mnie prawdziwą eksplozję nostalgii, a widok intro sprawił, że cofnąłem się do czasów dzieciństwa i starego komputera rodziców. Pamiętam, jak spędziłem godziny z piracką kopią gwiezdnych wyścigów, wypaloną na kultowym Verbatimie. Po latach dane mi było ponownie zasiąść za sterami kosmicznych ścigaczy. Pytanie, które zadawałem sobie przed rozpoczęciem gry, brzmiało – czy gra jest już tylko pozostałością nostalgicznej przeszłości, czy może daje frajdę także dzisiaj?

Nie jestem jakimś ekspertem od wyścigów. Nie przesiedziałem całego życia za plastikowym kółkiem. Ale znam realia branży i wiem, że od czasów premiery „Star Wars Racer”, czyli od roku 2000, zmieniło się prawie wszystko. Do wyścigów wprowadzono fabuły, pojawiły się cutscenki w technologii motion-capture, a tryby sieciowe zaczęły przejmować rolę core rozgrywki.

Po włączeniu gry od Lucasfilms cofamy się o całe lata świetlne. Prawdziwy oldschool czeka już na samym początku. Gracz nie ma co liczyć na jakąś fabułę, wprowadzenie w rozgrywkę, o samouczku nie wspominając. Tutaj wszystko jest uproszczone – siadasz za kółko i zasuwasz, bez zbędnego gadania! Tryb, w którym spędzimy najwięcej czasu to tryb turnieju – zestaw trzydziestu jeden wyścigów, pogrupowanych w czterech kategoriach o różnym stopniu trudności. Początkowo idzie łatwo, ale jak wiadomo, im dalej w las, tym więcej zakrętów i przeszkód.

Odwiedzimy miejscówki kultowe, jak chociażby tor na Tatooine, czy Courusant, ale też miejsca, które nie zostały pokazane w filmowej trylogii, jak chociażby więzienie na asteroidzie, czy planeta-kopalnia. Klimat wylewa się z ekranu litrami. Przed każdym wyścigiem mamy krótką, renderowaną scenkę, przedstawiającą planetę, na której będziemy się rozbijać wraz z innymi zawodnikami. Gracza wita gospodarz i już zaraz później możemy próbować przetrwać wyścig.

Najważniejszym zadaniem jest pokonanie bossa każdego z torów. Jeżeli uda nam się wykręcić lepszy czas, to przejmujemy jego bolid. Pojazdy różnią się od siebie wieloma parametrami – szybkością, siłą hamulców, wytrzymałością, przyspieszeniem, skręcaniem i tak dalej. Jest tego naprawdę sporo i możemy dopasowywać pojazdy do naszych potrzeb. Przed nami wyścig, w którym ilość zakrętów może doprowadzić do zawrotów głowy? Bierzemy pojazd o lepszej zwrotności. Następny tor ma parę prostych, na których można zdobyć cenne sekundy? Lepiej zabrać ze sobą ścigacz o większej prędkości. Dodatkowo zdobyte wyścigówki można ulepszać w sklepie Watto (wiecie, ten irytujący Toydarianin z pierwszej części). Lepszy sprzęt pozwalający na podbicie parametrów kupimy za kredyty, zdobywane w trakcie wyścigów. I tak właśnie wygląda rozgrywka. Wybieramy wyścig, ścigamy się, zdobywamy nowy pojazd, porównujemy z innymi i ścigamy się dalej.

Obrazek

Żeby jednak nie było za łatwo, autorzy przygotowali dla nas parę niespodzianek. Pierwsze wyścigi przejdziemy z ręką za plecami. Nawet tak kompletny laik jak ja, po przyzwyczajeniu się do sterowania, potrafił wygrać z Sebulbą i innymi wymiataczami gwiezdnego Grand Prix. Później jednak zaczęło być trudniej. Coraz trudniejsze tory to konieczność troszczenia się o wytrzymałość pojazdu, bo jeśli gracz za dużo razy uderzy o bandę, to może się to skończyć rozpadem naszego bolidu i utratą cennych sekund. Oprócz tego na trasach pojawiają się dodatkowe niespodzianki. Za drugim podejściem na Tatooine w stronę zawodników strzelają ludzie pustyni, w innych miejscówkach coś spadnie na trasę, a jakby tego było mało, czasami na naszej drodze stanie tunel antygrawitacyjny i będziemy musieli sobie radzić już nie tylko skręcając lewo-prawo, ale również góra-dół.

Parę słów o modelu jazdy. Tak, jak wspomniałem wcześniej, nie jestem ekspertem, na „Colinach” i innych „Gran Turismo” nie zjadłem zębów. Obce mi są zatem wszelkie sztuczki związane z prowadzeniem pojazdów. W „Star Wars Episode I Racer” bawiłem się jednak znakomicie! Zwłaszcza, kiedy poziom trudności podskoczył nieco do góry i wygrywanie wyścigów zaczęło sprawiać prawdziwą satysfakcję. Autorzy hołdują staremu, dobremu stwierdzeniu „easy to learn, hard to master”. Jeżeli zatem lubicie prędkości wbijające was w fotel, a boicie się, że nie ogarniecie sterowania tak skomplikowanym sprzętem, to nie musicie się martwić.

Nie wszystko jednak jest tak piękne, jak mogłoby się wydawać. Grafika po osiemnastu latach nie jest już tak szczegółowa i zniewalająca, jak kiedyś. Czasami w trakcie wyścigów przydarzają się też upierdliwe błędy, zwłaszcza w momentach wyskoków i lądowań, kiedy to wystarczy odrobinę obić się o podłoże w niewłaściwy sposób i już gryziemy zęby z wściekłości, bo jesteśmy o tę parę sekund w plecy za oponentami. Po zakończeniu turnieju zasadniczo też nie ma zbyt wiele do robienia. Jest tryb pojedynczych wyścigów, gdzie możemy wykręcać coraz to lepsze czasy na każdym z torów. Jest również tryb online, ale jego działanie lepiej przemilczeć.

Mimo to szczerze polecam „Star Wars Racer” jako idealną odskocznię dla wszystkich fanów „Gwiezdnych Wojen”. Nie ma nic lepszego, niż dla rozluźnienia odpalić sobie mały wyścig na Mos Eisley i wykrzyknąć razem z Anakinem Skywalkerem „and that's the podracing!”.



Ocena: 4/5

Za grę dziękujemy Gog.com


Obrazek

KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2018 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 16 lip 2018, 14:55 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka