Komputerowe

Gwiezdne pole bitwy – recenzja gry „Star Wars: Battlefront”

testowaliśmy na PS4
Kiedy w sieci pojawiły się informacje o nowej grze z uniwersum Gwiezdnych Wojen, wielu fanów zaczęło zacierać ręce. Najbardziej prawdopodobna wydawała się kontynuacja kultowej serii Battlefront i – jak się okazało – w plotkach była cała masa prawdy. Produkcja wylądowała w rękach prawdziwych speców ze studia DICE, którzy zaprezentowali światu reboot serii Battlefield, rok po roku tworząc lepsze bądź gorsze części wirtualnego pola bitwy. Jak poradzili oni sobie z zadaniem odtworzenia realiów konfliktu między Imperium a Rebeliantami?

Obrazek



Gra od samego początku wywoływała sporo kontrowersji. Przede wszystkim wzburzenie fanów wywołała wieść o tym, że produkcja będzie praktycznie w całości opierać się na trybie multiplayer. Deweloperzy nie zamierzali implementować do niej rozbudowanej kampanii dla pojedynczego gracza. Powiem więcej – w ogóle zamierzali zaniechać jakichkolwiek działań w tej kwestii. Prawdopodobnie jednak (pod naciskiem fanów) zdecydowali się na wprowadzenie namiastki trybu single, jednak nie jest on w stanie zastąpić pełnoprawnej fabularyzowanej historii. Po pierwszych gameplayach i po otwartym trybie beta pojawiły się głosy o braku odpowiedniego balansu rozrywki oraz o wielu uproszczeniach w niej zawartej. Jak widać zatem – ekipa projektantów, po pierwszym okresie wszechobecnej radości, musiała stanąć na wysokości zadania i zmierzyć się z wieloma mniejszymi lub większymi problemami.

Obrazek



Tak jak wspomniałem, solą zabawy jest tryb multiplayer i to właśnie tam spędzimy najwięcej czasu. Jednak w wypadku odcięcia od Internetu oraz dla osób negatywnie nastawionych do gry z innymi ludźmi, stworzono tryby „Bitwy” i „Przetrwania”. „Bitwa” to starcia z wrogami kierowanymi przez SI, pozwalające na zaznajomienie się z mechaniką rozrywki. „Przetrwanie” to klasyka gatunku, znana z innych produkcji, takich jak chociażby „Call of Duty” czy „Gears of War”. Gracz zostaje rzucony na mapę zalewaną kolejnymi falami wrogów. Jego zadaniem jest przetrwanie kolejnych, coraz to silniejszych ataków szturmowców. Co jakiś czas musi też bronić spadających z nieba kapsuł, za co zostaje wymiernie nagrodzony odpowiednimi power-upami. Każda kolejna fala to coraz silniejsi wrogowie – pojawiają się szturmowcy-snajperzy, wyposażeni w wyrzutnie rakiet czy – w końcu – w pancerz ze zdolnością kamuflażu. Wreszcie na naszej drodze stają pojazdy Imperium – z nieba zaczynają nas bombardować myśliwce typu TIE, a z lądu wściekle atakuje AT-ST. Dodatkowo na mapach porozmieszczane są „znajdźki” w postaci lewitujących kryształów, odblokowujących dodatkową zawartość w menu głównym. Co najważniejsze, w tryb „Przetrwanie” można grać ze znajomym siedzącym na kanapie obok, co nie jest tak częstym trendem w dzisiejszych produkcjach. Na samotnego gracza czeka jednak tylko kilka map (8 w trybie „Bitwy”, 4 w trybie „Przetrwanie”), których ukończenie może zająć maksymalnie kilka godzin. Można ten czas oczywiście wydłużyć poprzez zmianę poziomu trudności, mimo to (jeżeli chodzi o single player) „Star Wars: Battlefront” zawodzi na całej linii…

Danie główne, czyli walka w sieci, to już jednak inna para rebelianckich kaloszy. Dostajemy kilka smakowitych trybów zabawy, wśród których prym wiodą dwa: „Supremacja” i „Atak AT-AT”. Pierwszy z nich polega na przejmowaniu strategicznych przyczółków na mapie, z tym że kolejne z nich można zdobywać tylko jeżeli przejęty został poprzedni. Ewentualna utrata tegoż poprzedniego punktu oznacza konieczność ponownej walki o dominację nad nim. Dzięki sporej wielkości planszy nie mamy uczucia tłoku, nawet mimo faktu, że może biegać na niej naraz aż 40 graczy. Drugi tryb to kompletna nowość i zarazem powiew świeżości w gatunku strzelanek sieciowych. W „Ataku AT-AT” podział na dwie drużyny determinuje konkretne zadania. Głównym celem Rebeliantów jest zniszczenie kroczących transporterów Imperium. Maszyny są niezwykle wytrzymałe, dlatego konwencjonalny ostrzał nie jest w stanie im zagrozić. Pomocą służą myśliwce typu Y, których jonowe pociski są w stanie osłabić osłony AT-AT, czyniąc je wrażliwymi na ostrzał. Aby umożliwić bombardowanie, żołnierze ruchu oporu muszą włączyć znajdujące się na mapie dwa przekaźniki i pilnować, aby pozostały one włączone. Prosta zasada – im dłużej stacja przekaźnikowa będzie działać, tym więcej bombowców dołączy do eskadry i tym więcej czasu będziemy mieli na ostrzał stalowych kolosów. Zadanie szturmowców polega na uniemożliwieniu rebeliantom włączenia przekaźników, a w fazie uwrażliwienia maszyn kroczących na ostrzał – na jak najszybszej eliminacji przeciwników. Tryb ten ponownie rzuca na planszę 40 graczy i trzeba przyznać, że wywołuje on wiele emocji. Nic nie wywołuje tak szerokiego uśmiechu jak rakieta posłana w korpus transportera Imperium.

Obrazek



Oprócz tego, z rzeczy raczej niespotykanych, możemy zasiąść za sterami X-wingów czy też myśliwców TIE w trybie „Eskadra”. Wszyscy miłośnicy powietrznych akrobacji z filmów George’a Lucasa mogą wziąć głęboki oddech, bowiem jest to dla nich spełnienie ich wszystkich marzeń. W tym wariancie walczymy tylko i wyłącznie za pomocą maszyn powietrznych, więc jeżeli znudzi nam się standardowe ubijanie wrogów, to będzie to wyjątkowo przyjemna odskocznia. Kluczowe w tym trybie są dwie rzeczy. Po pierwsze, oprócz innych graczy, po mapie fruwają także pojazdy kontrolowane przez SI, w celu stworzenia wrażenia bardziej epickiego pola bitwy. Oczywiście zestrzelenie pojazdów kierowanych przez sztuczną inteligencję jest mniej opłacalne niż eksterminacja żywych przeciwników. Osiągnięcie wymaganej do zwycięstwa puli punktów można sobie ułatwić poprzez zestrzelenie pojawiającego się na mapie transportowca przeciwnika. Na rozwalenie wrogiej maszyny gracze mają trzydzieści sekund, co okazuje się wcale nie tak krótkim czasem, zwłaszcza gdy sytuacja się odwraca i musimy bronić swojego pojazdu. Na mapie (w dobrze ukrytych miejscach) pojawiają się także żetony umożliwiające wcielenie się w kultowe dla serii „Star Wars” wehikuły – Sokoła Millennium po stronie Rebelii i w Slave I, złowieszczo wyglądający statek najsłynniejszego łowcy nagród galaktyki – Boby Fetta. W przerwie od arcade'owego latania myśliwcami możemy też zasiąść do bardziej klasycznych trybów – mamy potyczkę, czyli drużynowy deathmatch. Jest wariacja trybu capture the flag, dwa tryby polegające na utrzymywaniu kontroli nad obiektami (w jednym z nich musimy pilnować niezdarnie poruszających się droidów). Dla posiadaczy oryginalnej kopii dostępny do ściągnięcia jest także dodatek zawierający mapę Jakku, nawiązującą do planety z „Przebudzenia Mocy”, oraz nowy tryb zabawy „Punkt zwrotny”. Jako żołnierze Imperium będziemy musieli bronić kolejnych punktów na mapie, starając się nie dopuścić do ich przejęcia przez rebeliantów. Kulminacyjny moment następuje w momencie, w którym na mapie pozostaje już tylko jeden, ostatni przyczółek do zdobycia. Wyrażenie „obrona Częstochowy” nabiera wtedy zupełnie nowego znaczenia…

Kluczowe pytanie – jak się właściwie w to gra? Muszę przyznać, że nawet osoba zazwyczaj stroniąca od potyczek z innymi graczami nie jest skazana na porażkę. Startując z pierwszego poziomu doświadczenia nie jesteśmy zdani na łaskę graczy mających już nabite kilkadziesiąt godzin na swoich licznikach. Niejednokrotnie zdarzyło mi się zginąć w trakcie walki z początkującym przeciwnikiem (co chyba tylko źle świadczy o moich zdolnościach walki). Dla weteranów starć w „Call of Duty” czy „Battlefieldzie” nowa produkcja DICE może wydawać się zbyt uproszczona. W „Star Wars: Battlefront” nie mamy do czynienia z tak daleko posuniętą personalizacją jak w wyżej wspomnianych produkcjach. Typów blasterów jest nie więcej niż dwadzieścia, co wygląda bardzo ubogo, biorąc pod uwagę to, co oferują konkurencyjne produkcje. Głównym elementem, pozwalającym dopasować naszą postać do stylu grania, są tzw. karty. To specjalne umiejętności, aktywowane w trakcie zabawy. Są wśród nich takie typowe zagrania jak rzut granatem czy pocisk kierowany, ale gracz może też skorzystać np. z plecaka rakietowego, umożliwiającego skoki na dalekie odległości, czy też podręcznego pola obronnego, czyniącego nas czasowo niewrażliwym na ostrzał. Dodatkowe bonusy pojawiają się w losowych miejscach mapy w postaci żetonów-hologramów. Po zebraniu takiego lewitującego hologramu możemy rzucić potężny imploder termiczny, postawić wieżyczkę przeciwpiechotną czy też wezwać ostrzał z orbity, niszczący wszystko w obrębie swojego działania. Ponadto, oprócz power-upów, zebrać można też żetony pojazdów, pozwalające zasiąść za sterami Snowspeedera, czy też na sterowanie AT-ST. I tu właśnie można by trochę ponarzekać, że do pojazdów nie da się wsiąść w sposób konwencjonalny, jak w poprzednich częściach, a należy pędzić na złamanie karku po jakiś świetlisty krążek. Ponadto w oczy kole ubogość oferowanych pojazdów. Zaledwie jeden pojazd naziemny i tylko kilka maszyn powietrznych? W porównaniu ze starymi „Battlefrontami” jest to znaczny regres. Wspomnieć należy jeszcze o ostatnim rodzaju wzmocnień, jakim są żetony bohaterów. Dzięki nim możemy wcielić się w znane ze świata Gwiezdnych Wojen postaci, takie jak Luke Skywalker, Darth Vader czy Han Solo. Kiedy już szczęśliwie uda nam się dopaść do hologramu, zyskamy specjalne zdolności, znacznie podnoszące możliwości bojowe naszej postaci. Jako Vader możemy dusić przeciwników na odległość, z kolei Boba Fett może korzystać z miotacza płomieni. Zabicie herosa wnet staje się dla całej drużyny priorytetem.

Obrazek



Niestety, największą wadą nowego „Battlefronta” jest fakt, że tak naprawdę, kupując pudełko, nie dostajemy pełnego produktu. Wydawca, firma EA, już przed premierą ogłosiła istnienie płatnych DLC, zawierających nowe mapy i tryby gry. Drogą dedukcji można wywnioskować, że zostały one wycięte z finalnego efektu prac po to, aby móc zarobić jeszcze więcej pieniędzy. Najbardziej luksusowy pakiet season pass, dostępny na PS Store, kosztuje ponad 250 zł! To więcej, niż kosztowała oryginalna gra! Niestety, jest to już reguła i aktualnie panujący trend w branży gier wideo, że musimy dopłacać za coś, co przecież już wcześniej powinno znaleźć się na płycie. Mimo to produkcja DICE fenomenalnie oddaje klimat Gwiezdnych Wojen, wiernie przenosząc do swojej gry bronie i maszyny bojowe, które wydają dźwięki wprost nasuwające skojarzenia z filmami. Dla fanów Star Wars i gier „Star Wars Battlefront” jest niemalże obowiązkowym zakupem; reszta doceni natomiast radochę czerpaną z każdej minuty rozrywki. Gdyby tylko nie te płatne dodatki...


grafiki: starwars.ea.com
Ocena: 7,5/10

KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 13 gru 2017, 23:41 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka