Komputerowe

„Okaż litość, wielki Łowco i... KUP SOBIE NOWY KAPELUSZ!”

recenzja gry „Victor Vran”
Nazywa się Victor. Victor Vran. Jest zabójcą potworów, a jakże. Jeszcze nie doczekaliśmy czasów, w których protagonistą w grze hack'n'slash zostaje weterynarz lub pracownik call center. Co więc odróżnia Van Helsinga... znaczy Victora od pozostałych łowców? Może ten wyborny wąs, może uroczy kapelusz? Nie, to nie to. Ale bez obaw, dowiecie się.

Tytuł: „Victor Vran”
Producent: Haemimont Games
Wydawca PL: CDP
Rok wydania: 2015
Gatunek: hack'n'slash/action RPG
Grę do recenzji dostarczyło wydawnictwo CDP.pl

Obrazek



Gry hack'n'slash są z reguły bardzo szablonowe – wybieramy bohatera, kupujemy ekwipunek i następne x godzin przedzieramy się przez hordy potworów, motywowani jakąś szczątkową fabułą. Do zabawy zachęcają nas możliwości personalizowania swojej postaci, poprzez wybieranie umiejętności i przedmiotów, oraz walory odstresowujące. „Victor Vran” z grubsza nie różni się niczym od swoich poprzedniczek z tego gatunku, takich jak na przykład „Diablo” czy „Torchlight”. Mało tego, klimat gry i aparycja głównego bohatera przywołują silne skojarzenia z „Incredible Adventures of Van Helsing”. Czy w takim razie jest to tytuł, obok którego należy przejść bez zatrzymania? W żadnym wypadku (poza byciem zupełnie niezainteresowanym gatunkiem h'n's)!



Raz mieczem, raz młotem potworów hołotę – czyli co nieco o postaci i umiejętnościach

Obrazek



Już sam tytuł gry sugeruje, że postać, którą pokierujemy, zostanie nam odgórnie narzucona. Ma to swoje zalety, bo gotowy bohater ma często jakiś konkretny charakter, którego nie sposób uzyskać tworząc własnego. Nasz Victor zachowuje się jak typowy łowca potworów – jest beznamiętny i pragmatyczny – i nie sposób go za to winić.
W odróżnieniu od wielu tytułów h'n's, w grze nie wybierzemy klasy postaci. Nie oznacza to na szczęście, że Victor każdego z graczy na świecie będzie taki sam, o nie!
Podstawowymi atrybutami naszego łowcy są: życie i moc pozwalająca na korzystanie z czarów zapewnionych nam przez demoniczny pakt zawarty w przeszłości przez Victora. To pierwsze zwiększa się z każdym poziomem, zaś tempo odnawiania drugiego zależy od tego, w co postanowimy się ubrać. W grze dostępnych jest siedem strojów, a każdy z nich ma inne właściwości. Jedne dodają punkty pancerza, inne przydają się zwinnym szermierzom, a wszystkie modyfikują sposób odnawiania i zachowywania mocy. Możemy zatem wybrać, czy chcemy ładować pasek podczas ataku, pasywnie, czy może zyskać zachowywanie jego stanu po walce, kosztem prędkości odzyskiwania mocy. Generalnie atrybut ten pozwala nam korzystać z kilkunastu czarów niszczących wrogów lub wzmacniających postać. Raczej nie sposób zrobić z Victora rasowego maga, ale po co narzekać, skoro można razić potwory prądem za pomocą karabinu piorunowego?
Umiejętności w niektórych grach, na przykład w „Torchlight”, choć pozornie różnią się między sobą, sprowadzają się do jednego – zadawania obrażeń. W zależności od poziomu trudności gracz może losowo uderzać czym popadnie lub jest zmuszony wykonywać złożone sekwencje, by wyciągnąć z broni i dłoni jak najwięcej „cyferek”. W „Victorze” sprawa jest prosta – umiejętności nie są wybierane przez gracza, ale zależą od trzymanej przez bohatera broni. Każdy oręż posiada opcję ataku podstawowego i dwóch specjalnych, zwykle wzmacniających się wzajemnie. Możemy zatem wybrać czy nasz Vicky będzie wojownikiem korzystającym z ciężkiego młota, szybkim szermierzem, czy może strzelcem.



Tańczący ze szkieletami – czyli w co tu się właściwie bawi?

Obrazek



Nie ma się co spodziewać rewelacji w kwestii fabuły – to chyba zawsze jest niezmienne. Udajemy się do mrocznego miasta opanowanego przez potwory, aby odnaleźć zagubionego przyjaciela. I cokolwiek będziemy zmuszeni zrobić, będzie to wymagało przejścia kilku plansz, na których bestie obrodziły, jak grzyby po deszczu. W celu pozbawiania ich życia ekwipujemy się w różnorakie bronie i żłopiemy wzmacniające eliksiry. Czyli standard. Rozgrywka polega na „zaliczaniu” kolejnych lokacji poprzez wybranie ich z mapy znajdującej się w zamku. Atutami, które znacznie urozmaicają rozgrywkę są natomiast wyzwania. Przed wejściem do każdej dzielnicy, krypty czy jaskini zobaczymy planszę informującą nas, co należy zrobić, aby otrzymać dodatkowe złoto, punkty doświadczenia lub prezenty. Mamy więc do wyboru: zabijanie potworów na czas, zakaz picia eliksirów i korzystania z demonicznych mocy, a także możliwość wzmocnienia przeciwników poprzez wybranie jednego z pięciu groźnych zaklęć, np. Zaklęcia Czasu, które przyśpiesza bestie. Jeśli chcemy sprostać owym wyzwaniom, będziemy zmuszeni poświęcić nieco więcej uwagi i czasu naszej kampanii przeciwko maszkarom. Do wnikliwego badania lokacji oraz szlifowania swoich umiejętności gry zachęcają także osiągnięcia Steam, wymagające przykładowo regularnego zadawania ciosów bronią lub zabicia określonej ilości wrogów bez pomocy przedmiotów z plecaka.
I to jeszcze nie koniec. Każda plansza ma także kilka ukrytych miejsc – o ich bliskości informuje świecenie demonicznej maski znajdującej się u dołu ekranu. Aby je odnaleźć należy dotknąć odpowiedni przedmiot, przejść przez iluzoryczną ścianę lub... skoczyć. To rzecz dosyć niespotykana w tego typu grach. Skakanie po ścianach i skałach może przynieść sporą frajdę, a do tego wygląda całkiem efektownie.
Warto dodać, że eksploracja większości lokacji jest dobrowolna – fabuła prowadzi nas tylko do niektórych z nich, a zadań pobocznych w „Victorze” nie uświadczymy. Sami więc decydujemy ile czasu poświęcimy na przejście gry (potwory nie mają poziomów, w przeciwieństwie do gracza). Dla przeciętnego zawodnika przejście wątku głównego z częścią dodatkowych lokacji może dać około dwudziestu godzin siekania i rąbania potworów (oraz skakania po skarby!).



From Zagoravia with love – czyli jak to wygląda i brzmi?

Obrazek



W grze mamy do czynienia z klimatem dark fantasy z nutką steampunku. Nieco słodyczy dodaje towarzyszący naszemu bohaterowi Głos, który od czasu do czasu raczy nas złośliwymi lub zabawnymi komentarzami.
Grafika nie powala na kolana, ale jest niebrzydka i utrzymana w nieco mrocznym klimacie. Większość czasu spędzimy na ulicach miasta Zagoravia oraz w okolicznych budynkach i jaskiniach. Warto dodać, że z racji wygimnastykowania protagonisty mapy często są wielopoziomowe, a kamerę można obracać. Może to w najgorszym wypadku skutkować spadaniem w przepaść oraz zablokowaniem się za jakąś ścianą, ale na pewno uatrakcyjnia świat wizualnie. Stroje Victora są zaprojektowane całkiem pomysłowo. Tak, aby różniły się między sobą i oddawały charakter walki, który wymuszają. O projektach przeciwników trudno się wypowiadać, gdyż kamera jest mocno oddalona i w ferworze walki nie przyglądamy się zbytnio czy wampir jest aby dobrze ubrany. W wizerunkach NPC przebywających w zamku można doszukiwać się motywów steampunkowych. Chyba większość graczy się zgodzi, że lepiej trudzić się w poszukiwaniu legendarnej, płonącej, laserowej kosy zniszczenia niż zwykłego kawałka żelaza podpisanego smętnie „dobry miecz”. W „Victorze” interesujące wydają się przede wszystkim stroje i legendarne przedmioty posiadające specjalny wygląd i umiejętności.
Klimatu dopełnia dobra, choć niezbyt zapadająca w pamięć, muzyka (może poza kawałkiem tańczących szkieletów). Dubbing także stoi na dosyć wysokim poziomie, a jako ciekawostkę można dodać, że ci, którzy grali w „Wiedźmina” po angielsku mogą usłyszeć znajomy głos...



tl;dr – czyli słowem podsumowania

Obrazek



Nie łudźmy się, „Victor Vran” to nie odkrycie Ameryki w konserwie. Tak, to kolejny „klon Diablo”, jak internauci kochają nazywać każde świeżo wydane action RPG. Wielu graczy znudzi już po kilku pierwszych mapach, bo tak często działają gry hack and slash (nie bójmy się tego określenia, „gra akcji” brzmi jak maskowanie prawdziwej twarzy). Dla fanów gatunku jednak powinna być ona co najmniej zadowalająca. Na tle zwykłych „siekaczy potworów” wyróżnia ją duża ilość wyzwań i sekretów do odkrycia oraz mniej oklepany klimat, niż w przypadku typowego high fantasy ze smokami i trollami. Po raz kolejny – gra ma mnóstwo wspólnego z „The Incredible Adventures of Van Helsing” i widać to na pierwszy rzut oka, ale w rankingu gier tego typu zostawia ją daleko w tyle.
Dla fanów siekania i rąbania – zagrać warto.
Dla szukających odstresowania po tygodniu pracy – polecam.
Dla lubujących się w wciągającej, wielowątkowej fabule i interakcji z innymi postaciami – lepiej nie, „RPG” lub „z elementami RPG” nagminnie używane przy opisach hack'n'slash może zmylić i zawieść!
A, i jeszcze jedno – jak już zagracie, stawiam 1000 złotych monet, że nie oprzecie się celowemu tańcowi ze szkieletami!

Wady:
oklepana fabuła i motyw wampirów,
przeciętna grafika,
pod koniec rozgrywka może się już nudzić,

Zalety:
duża ilość sekretów i wyzwań,
urozmaicona mechanika bossów,
smaczki i żarciki.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.
  • Ostatnie artykuły

Copyright © 2004-2019 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 27 maja 2019, 06:19 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka